Aaron szedł tak szybko, że niemal wyglądał jak Robert Korzeniowski na Olimpiadzie w Sydney. Był jednak o wiele wyższy i no cóż dużo mówić, przystojniejszy. Kiedy dotarł na Rynek ten wydał mu się o wiele mniejszy niż zwykle, nagle poczuł, że musi znaleźć się w jakimś innym miejscu, chłodniejszym, zacienionym. Chciał jak najszybciej znaleźć się z daleka od ludzkich oczu. Skręcił w pierwszą ulicę jaką zobaczył. Biegł teraz wzdłuż ulicy Św. Jakuba i Jana. Na wysokości niezwykle obleganego sushi baru Sakana wpadł prosto na brązowooką retro piękność o odcieniu włosów Alex’y Chung.
Dziewczyna wie co jest na topie…
- Aar…? – usłyszał tylko, pędząc dalej co sił w nogach. – Aaron?! Co do cholery?! – dziewczyna krzyczała za nim, ale udał, że jej nie słyszy. Nagle stanął jak wryty. Co on do diabła wyprawiał?! Przecież właśnie zerwał z dziewczyną, (z którą spotykał się bagatela 5 lat) dla… w tym momencie wyjął iPhone 3G z kieszeni spodni Levis’a i zadzwonił do swojego najlepszego przyjaciela Rainera, wysokiego, dobrze zbudowanego, czarnowłosego tancerza hip-hopowego.
- Mrh? – usłyszał w słuchawce
- Rainer do cholery, jesteś tam…? – czuł, że zaraz eksploduje.
- Stary spokojnie, co się dzieję? Zachowujesz się co najmniej tak dziwnie, jakbyś właśnie zerwał z Kirą – Rainer droczył się z przyjacielem.
A mówi się, że mężczyźni nie mają intuicji…
- Co? – zdziwił się Aaron – Skąd…? Jak…? Dzwoniła do Ciebie? – chłopak był skołowany jak nigdy przedtem.
- Co Ty bredzisz? Przecież Ty i Kira jesteście nierozłączni… Człowieku coś ty znowu wymyślił?! – Rainer brzmiał tak poważnie, że sam się zdziwił.
- Stary proszę, spotkajmy się. Nasz Pub za 15 minut. – wyrzucił z siebie Aaron. Starał się, żeby nie zabrzmiało to zbyt histerycznie.
- Jestem niedaleko. Będę za 10 minut. – odpowiedział Rainer i rozłączył się.
Aaron oddychał głęboko próbując dojść do siebie. Co ja w ogóle wyrabiam? – pomyślał. Popatrzył przed siebie. Słońce powoli mknęło już ku zachodowi, na zewnątrz robiło się coraz przyjemniej i chłodniej. Aaron ruszył w stronę Rynku kiedy przypomniał sobie, że podczas biegu na oślep wpadł wprost na swoją przyjaciółkę Larysę.
Muszę do niej zadzwonić. Pewnie zastanawia się co mi odbiło? – mówił sam do siebie. Szedł w stronę Pubu Bull kiedy nagle ujrzał najpiękniejszą istotę na Ziemi, dziewczynę, o której myślał od powrotu z Tokio. Stała przed nim, cudowniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Średniego wzrostu, szczupła, brązowooka szatynka w balerinkach Prady, czarnych zakolanówkach, króciutkich jeansowych spodenkach, bluzeczce w czarno-białe paski i czarnej marynarce. Chłopak oniemiał. Myślał, że już nigdy więcej jej nie zobaczy. A Ona stała tuż przed nim. Anioł. Kiedy zrobił krok w jej kierunku, do dziewczyny podbiegł wysoki, przystojny brunet, wręczył jej bukiet czerwonych róż i pocałował namiętnie w usta. Brązowooka piękność odwzajemniła pocałunek i razem udali się w kierunku zachodzącego słońca.
Aaron poczuł się tak, jakby właśnie ktoś uderzył go prosto w brzuch. Do oczu napłynęły mu łzy a ból gdzieś w środku, w okolicach klatki piersiowej wydawał się być nie do zniesienia.
Czyżby ktoś przypomniał sobie, że pod maską tego twardego, pewnego siebie mężczyzny ukryte jest maleńkie urządzenie zwane sercem?
Popatrzył tęsknym wzrokiem w kierunku oddalającej się dziewczyny. Jakimś cudem jednak ich oczy spotkały się. Zauważył, że uśmiechała się do niego serdecznie, po czym upuściła sporą kartkę na ziemię. Aaron podniósł kawałek papieru i poczuł nagły przypływ szczęścia.
No cóż. Może jeszcze nie wszystko stracone…?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz